Hatak
To nie ptak, to nie samolot, to finał "Smallville"

Finale

Stało się. Nadszedł koniec. Pożegnaliśmy "Tajemnice Smallville", jeden z najdłuższych seriali sci-fi w historii telewizji. I było to pożegnanie w wielkim stylu.

Zaczyna się od charakterystycznego "Previously on Smallville" wypowiadanego przez Michaela Rosenbauma, serialowego Lexa Luthora. Widzimy wiele scen jeszcze z pierwszych sezonów serialu, początki początków możnaby rzec. I już wtedy moje oczy się zaszkliły.

- And now the series finale of "Smallville" – rzekł z offu Tom Welling i zaczęło się na dobre.

Fanem serialu byłem od samego początku. Jako całkowity geek, śledziłem oczywiście wszystkie komiksowe produkcje, a filmowe adaptacje Supermana z Christopherem Reevem w roli głównej były chyba moimi ulubionymi filmami w czasach dzieciństwa. Same "Tajemnice Smallville" były dla mnie czymś wyjątkowym, był to serial, wraz z którym dorastałem. Clark Kent był postacią, wraz z którą dorastałem. Identyfikowanie się z głównym bohaterem ułatwili mi zresztą sami twórcy, którzy postawili na zupełnie inne ujęcie tematu Supermana. Dzięki umieszczeniu akcji serialu w czasach młodości Clarka, mogli pokazać Człowieka ze stali jakiego jeszcze świat nie widział – nieidealnego, z ludzkimi wadami i przywarami. W filmach utożsamienie się z Clarkiem było praktycznie niemożliwe, gdyż był on postacią rozsądną, odważną, prawą i sprawiedliwą, kimś zupełnie innym, niż przeciętyn szary człowiek. Wtedy stawiano na efekty specjalne, nie zwracano uwagi na emocje widza. Podobnie było w przypadku ostatniego "Superman: Powrót" – sam film był co prawda bardzo dobry, znakomicie wpasował się w klimat poprzednich produkcji z tej serii, ale nie odniósł specjalnego sukcesu kasowego. Czemu? Bo nie grał właśnie na emocjach. To pokazuje, jak niezwykle trudno przenieść postać Supermana na duży ekran. Miejmy nadzieję zatem, że uda się to Zackowi Snyderowi w "The Man of Steel".

Serial znaczył też dla mnie wiele, bo była to właściwie pierwsza produkcja amerykańska, którą zacząłem śledzić. Nie przegapiłem żadnego odcinka, każdy z nich oglądałem po kilka razy i za każdym cieszyłem się, jak dziecko nową zabawką. Nie byłem jednak ślepym widzem, dostrzegałem słabości serialu (ba, potrafiłem go solidnie skrytykować!), zdawałem sobie sprawę z tego, że jest on nieco przeciągany, że finałowy odcinek powinien nadejść kilka sezonów wcześniej. Teraz jednak, już po obejrzeniu ostatniego w historii epizodu "Tajemnic Smallville" dochodzę do wniosku, że nie zmieniłbym w serialu absolutnie nic. Takiego go pokochałem i takiego zapamiętam do końca życia. Prawdziwa miłość to przecież nie tylko kochanie "za coś", ale i "pomimo czegoś". I w chwili, gdy to piszę znów łzy ciekną po moich policzkach.

Wracając jednak do meritum, czyli początku finałowego odcinka. Bardzo ładne zagranie ze strony twórców i pokazanie futurospekcji – w ostatnich sezonach to wychodziło im bezbłędnie i tak jest też tym razem. Syn Chloe i Olivera (choć ten w tej scenie nieobecny – czyżby porzucił Sullivan dla Black Canary?) czytający opowieść o Clarku Kentcie w postaci komiksu o tytule "Smallville" jest pięknym wstępem do tej ostatniej podróży.

L&C


Ta zaś rozkręca się dosyć powoli. Pierwsza godzina finału to zmagania Clarka i Lois ze swoim przeznaczeniem i uczuciami. Oboje nie są pewni swoich decyzji i ewentualnych ich konsekwencji. Wyznania i ślubowanie przez drzwi zdecydowanie miały swój urok, a powrót piosenek do serialu nie tylko wzruszył, ale też przypomniał jego dawne lata.

Erica Durance i Tom Welling w trakcie podchodzenia do ołtarza prezentowali się znakomicie. Aktorzy zdają się zresztą nabierać dodatkowego wdzięku i urody wraz z wiekiem. Choć nikt nie powie, że Lois Lane w czwartym sezonie nie była piękną kobietą, to jednak była chyba nikim w porównaniu do Lane znanej z 10. sezonu, a szczególnie z finału - Durance w sukni ślubnej wyglądała zniewalająco.

slub

Ceremonia zostaje jednak szybko przerwana przez Olliego opętanego przez mroczne siły Darkseida. Wtedy okazuje się też, że Clark może zastąpić Łuk Oriona jako światło zdolne pokonać mrok.

Jestem pod wrażeniem ilości osób z dawnej obsady serialu, jakich udało się zebrać na zdjęcia do finałowego odcinka. Oczywiście zwykle taka okazja powoduje, że łatwiej aktorów do powrotu przekonać, ale życie już nie raz pokazywało, że nie jest to takie proste. Ponownie pojawia się zatem John Schneider w roli Jonathana Kenta, a raczej jego ducha. Podobnie jak w premierowym odcinku 10. serii pt. "Lazarus" objawia się Clarkowi w chwili, gdy tego potrzebuje. Nie jest to specjalnie logicznie wyjaśnione, a właściwie w ogóle nie jest, ale kiedy dodamy do tego Anette O’'Toole jako Marthę Kent i sceny, kiedy znów widzimy całą rodzinę w komplecie, przestaje mieć to jakiekolwiek znaczenie. Scena w stodole to jeden z najmocniejszych punktów tego odcinka. Pozwala ona poczuć, że to nie jest zwykły prolog Supermana, ale przede wszystkim finał "Tajemnic Smallville". Proste "It's time" Jonathana znakomicie ilustruje ostateczne poparcie rodziców Clarka wobec jego prawdziwego przeznaczenia.

Aby jednak nie było tak radośnie, wydaje mi się, że twórcy trochę pogubili się we własnych scenariuszach. Podczas gdy przez większość odcinków 10. sezonu (a w szczególności w 200-tnym "Homecoming") wmawiano nam, że Clark musi zostawić swoją przeszłość za sobą, teraz okazuje się jednak, że jest zupełnie na odwrót – to ona stanowi jego siłę, tylko dzięki niej może stać się superbohaterem, jakiego świat potrzebuje. W ten sposób twórcy chcieli pokazać, że Kent musi odnaleźć równowagę pomiędzy Ziemią a Kryptonem, przeszłością a przyszłością i byciem Clarkiem Kentem a Supermanem. Choć nie przedstawiono tego w idealny sposób, trudno zaprzeczyć, że stanowi to doskonałe podsumowanie i pewnego rodzaju metaforę serialu.

Stare twarze to także powrót jedynego i niepowtarzalnego Michaela Rosenbauma w roli Lexa Luthora. Choć jego nieobecność w ciągu ostatnich trzech sezonów sprawiła, że serial stracił na wartości, to dzięki temu też jego pojawienie się w finale smakowało bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Od początku uważałem, że zabicie tej postaci w ósmym sezonie było błędem, nic nie stało na przeszkodzie, by Lex wciąż pozostał w ukryciu i kontynuował rekonwalescencję po zniszczeniu Fortecy. Wątek z klonowaniem wprowadzony na początku ostatniej tej serii cieszył się raczej umiarkowanym entuzjazmem z mojej strony. Istniała szansa jednak, by powrót młodego Luthora nie oznaczał pojawienia się klona – w jednym z niedawnych odcinków Lionelowi stojącemu przy grobie syna ukazał się Darkseid. On zaś mógł po prostu wskrzesić Lexa Luthora, jakiego znaleźliśmy. Zamiast tego twórcy zaserwowali nam połączenie obu tych rozwiązań – Darkseid ożywił do tej pory "niesprawnego" klona.

lexSpotkanie Clarka i Lexa w spalonej rezydencji Luthorów wypada wpisać na listę najlepiej napisanych scen w historii serialu pod względem dialogów. Słowne potyczki dwóch wrogich sobie panów to po prostu czysta poezja i niemal każde zdanie wypowiadane przez zarówno jednego, jak i drugiego mogłoby zostać uznane za najlepszy cytat z serialu. Perfekcyjnie na nowo wykreowano postać Lexa, grającego fair wroga, chcącego pokonać Supermana, nie zaś samego Clarka. I jak na ironię, cała rozmowa okazuje się być motywatorem dla Clarka do dalszego działania i uwierzenia w siebie.

Nie mogło zabraknąć także Zielonej Strzały. Jego kostium chyba rzadko widywaliśmy w ciągu ostatnich kilku odcinków i miło było znów zobaczyć, jak pomaga Kentowi w walce ze złem. Zastanawia mnie jednak w jaki sposób pozbył się proroków Darkseida – zwykłe strzały potrafiły ich zabić? A może udało mu się znaleźć jakieś cząstki Łuku Oriona? Czy też może to po prostu po raz kolejny czysty duch zwyciężył nad siłami ciemności?

Na szczęście pomimo tych wszystkich powrotów starczyło miejsca na pokazanie stałych bohaterów i to w sposób znakomicie nakreślający ich charaktery. Jak na przykład miało to miejsce z Lois. Po raz kolejny zobaczyliśmy zadziorną dziennikarkę w akcji. Lane nie jest tylko miłością Supermana, jego drugą połówką, kimś, na kogo zawsze może liczyć – jest też postacią z własnych charakterem. Zmagania z koleżanką z Daily Planet, czy też kłótnie w samolocie to Lois w pełnym blasku. Taka była przez cały okres trwania serialu i taka jest też w finale.

Nieuchronnie zbliżamy się do ostatecznej rozgrywki pomiędzy Clarkiem a Darkseidem. W roli tego drugiego – nieco zaskakująco – Lionel Luthor, który zaprzedał duszę w zamian za życie syna. Ich potyczka nie jest długa i opiera się w dużej mierze na samych słowach, do czego "Tajemnice Smallville" przez wszystkie lata nas przyzwyczaiły. Finałowa walka broni się jednak wykorzystaniem retrospekcji, które prezentuje swojemu synowi Jor-El.  Krótkie sekwencje przypominające wszystkie próby przyszłego Supermana to kolejny ukłon w stronę wytrwałych widzów, a to, co następuje tuż po nich...

Są w kinie takie momenty, kiedy jednoczysz się ze swoim bohaterem, kibicujesz mu z całych sił i wręcz podskakujesz z miejsca. Tak było choćby w "Matriksie", gdzie Neo zrozumiał, że naprawdę jest wybrańcem. Tak było też, kiedy Aragorn przybył wraz z całą armią Umarłych podczas oblężenia Minas Tirith w trzeciej części "Władcy Pierścieni". Tzw. "crowning moment of awesome" to chwila, kiedy dzieje się coś tak niesamowitego, że będzie się oglądało tę scenę jeszcze co najmniej 10 razy. I taki właśnie moment udało się zrealizować twórcom "Tajemnic Smallville". Kiedy Clark Kent w walce z Darkseidem utrzymuje się w powietrzu, natychmiast podskoczyłem z wrażenia, a łzy szczęścia napłynęły mi do oczu. Szkoda, że tak szybko nadszedł koniec, ale pewnie na więcej nie starczyło budżetu.

apok


W mitologii Supermana nie ma miejsca na kilka postaci wykreowanych w serialu stacji The CW, m.in. Chloe Sullivan i Tess Mercer. O ile los tej pierwszej zobaczyliśmy  już w otwierającej odcinek futurospekcji, byłem niezmiernie ciekaw, jak scenarzyści wybrną z wątku nieistniejącej w komiksach siostry Lexa. Uśmiercenie tej postaci było chyba dobrym wyborem, aczkolwiek nie wiem, czy nie lepiej by było, gdyby Tess zginęła już wcześniej, z rąk Lionela. I to właśnie jej serce biłoby w piersiach młodego Luthora.

Lexa wskrzeszono wraz ze wszystkimi wspomnieniami, co również kłóci się z oficjalnym kanonem, gdzie Luthor nie zna przecież prawdziwej tożsamości Supermana. Biorąc pod uwagę, jak serial już wcześniej odbiegł od komiksowego pierwowzoru, wydaje mi się, że mogłoby obejść  się kolejnej amnezji. Kilka scen wcześniej Lex pokazał, że jego wrogiem jest Superman, nie zaś sam Clark Kent. Utraty wspomnień to jednak kolejny dobry moment na wspomnienie tego, co było, czyli pokazanie kolejnych dramaturgicznych retrospekcji, tym razem dotyczących łysego biznesmena.

Następnie nadchodzi długo oczekiwana chwila w Fortecy, kiedy Clark w końcu przywdzieje należny mu czerwono-niebieski strój z charakterystycznym "S" na piersi. Czy wspomniałem już o czymś takim, jak "crowning moment of awesome"? Bo to, co zaprezentowano nam w ciągu ostatnich 10 minut odcinka, można by właściwie w całości zaliczyć jako takowy. Począwszy od przemówienia Jor-Ela, kiedy wyraża dumę ze swojego syna i chwali Clarka za postępowanie, poprzez przecudowne wynurzenie się kryształu ze strojem z Ziemi i ponowne pojawienie się Jonathana, tym razem już ze strojem na rękach. Jeżeli na świecie istnieje gdzieś magia, to doświadczamy jej właśnie podczas oglądania tego wszystkiego.

fort

Clark startujący... Przepraszam! Superman startujący z Fortecy to majstersztyk pod względem montażu i muzyki. Podobnie następujący chwilę później ratunek samolotu z Lois na pokładzie. Łkałem ze szczęścia żywymi łzami, jak małe dziecko. Naprawdę.

Do zakończenia porządków zostało pożegnanie planety Apokolips, która przez cały odcinek dążyła do zderzenia z Ziemią. Superman tym przybywa na pomoc, niczym w filmowych pierwowzorach – wyłania się z niebios, podczas gdy na dole gromadzą się setki przerażonych ludzi. Scena na pewno wymagała na pewno olbrzymich kosztów i trzeba tutaj twórców pochwalić. Wiadomo, że nie są to efekty na miarę obrazu trafiającego do kin, ale jak na produkcję telewizyjną jest lepiej, niż dobrze.
jimmyiluthor
I powrót do 2018 roku, a w nim... kolejne niespodzianki! W Daily Planet pracuje już prawdziwy Jimmy Olsen (młodszy brat zmarłego w ósmym sezonie "drugiego" Jimmy'ego, granego również przez Aarona Ashmore'a), w tle słychać Perry'ego White'a i jego słynne powiedzenie ("Great caesar's ghost!"), Lex Luthor zostaje prezydentem, a Clark i Lois wciąż nie są małżeństwem! Wspaniale, że twórcy nie zwalniają tempa i aż do ostatniej minuty ciągle nas zaskakują.

Gdy w tle zaczyna pobrzmiewać słynna partyturą Johna Williamsa, już wiemy, że koniec się zbliża. Pozostała jeszcze tylko ostatnia scena. Clark na dachu. Zrzuca kamizelkę. Zdejmuje okulary. Poluźnia krawat. Rozrywa koszulę. "S" na piersi. Zaraz zobaczymy Supermana w pełnej krasie.

A przynajmniej tak sobie to wyobrażałem. W poprzednich scenach właściwie nie pokazano nam dokładnie Wellinga w stroju, uciekano się do zbliżeń na twarz, dalekich planów, bądź szybkich ujęć. Teraz miała nadejść ta chwila i tu, niestety, bardzo się zawiodłem. Jedyne, co dostajemy to widok klatki piersiowej z kostiumem. To mało. Za mało.

superman


Podejrzewam, że Tom Welling w stroju zwyczajnie nie prezentował się najlepiej. Wszystko, co widzieliśmy były to komputerowe efekty, które zastąpiły poniekąd potrzebę ubierania czerwono-niebieskiego kostiumu. Podczas castignów do "Superman: Powrót" kazano mierzyć aktorom stroje superbohatera, po prostu nie każdy się do tego nadawał. Dlatego też pewnie twórcy zrezygnowali z pokazania Wellinga w stroju w pełnej krasie. Lepiej jedynie zaakcentować główny emblemat, niż narazić scenę wieńczącą serial na wyrazy politowania czy wyśmianie.

Wielka szkoda, że nie padła też nazwa "Superman". W normalnej linii czasowej raczej nie było na pojawienie się jej miejsca, ale już w przyszłości... Szkoda.

Na uwagę zasługuje też muzyka. Przed kilkoma dniami w serwisie iTunes udostępniono kompozycje z całych 10 lat serialu, które choć są na pewno warte uwagi, to przydałby się osobny album wyłącznie ze ścieżką dźwiękową z finału. Usłyszeć można było parę znanych już tematów, ale w nowych aranżacjach, a także mnóstwo zupełnie nowych i to niekoniecznie mocno wzorowanych na Williamsie kawałków. Miejmy nadzieję, że Warner Bros. Zdecyduje się na kolejne - chociaż elektroniczne – wydanie.

Finał nie był idealny, można zarzucić mu wiele rzeczy, niedociągnięć, braków. W ostatecznym rozrachunku jednak nie liczy się, czy Tom Welling kostium założył, czy nie - liczy się, iż zrobił to Clark Kent. Zamknięto praktycznie wszystkie najważniejsze wątki i stworzono dwugodzinny spektakl, który ogląda się jednym tchem. Tak emocjonalnie reagowałem tylko raz w swoim życiu, a było to podczas finałowego odcinka "Przyjaciół". Teraz wiem, jak bardzo będzie mi brakować cotygodniowych przygód Clarka, Lois i spółki. To jak pożegnanie z przyjacielem. Przyjacielem, który był ze mną przez ostatnie 10 lat.

I za to ci, przyjacielu, dziękuję.

Autor: SSJ
 

spiderman
koniec środka