Supernatural na górze
Recenzja odcinka "Lazarus"

Ach, cóż to była za premiera? Clark pełen wiary w swoje przeznaczenie, strój Supermana w Smallville, Lois znająca sekret Smugi, Jor-El, Lex oraz wisienka na torcie, czyli Darkseid.

Pierwsze spojrzenie

Po pierwszym seansie ciężko by było wyrazić jakąkolwiek opinię, tym bardziej, gdyby nie było się doinformowanym spoilerami i newsami. Powtórne oglądnięcie pomogło jednak lepiej przyswoić wydarzenia z premiery. Pomimo znajomości wszelkich możliwych spoilerów i  recenzji z pokazów przedpremierowych miałem bardzo wysokie oczekiwania w stosunku do tego epizodu, szczególnie, że to ostatni, finałowy sezon. Muszę jednak powiedzieć, iż lekko się zawiodłem co nie znaczy jednak, że odcinek nie spełnił moich oczekiwań i nie otrzymał najwyższej możliwej noty (w każdych skalach). Do pełni szczęścia brakowało mi nieco większej ilości efektów specjalnych, które w tym odcinku były bardzo dobre.  Na plus zaliczyłem pojawienie się Darkseida, który od razu się zmaterializował i pokazał swoje prawdziwe oblicze.

Wreszcie epoka Supermana

Zacznijmy od początku. Po przypomnieniu zdarzeń z poprzedniego sezonu przeszedł mnie pierwszy dreszcz emocji wywołany oczywiście słowami Toma: „A teraz finałowy sezon Smallville” (ang. „And now the final season of Smallville”). Na kolejny nie musiałem długo czekać, gdyż oglądając Clarka przeżywającego doświadczenie bliskiej śmierci i deklarującego wiarę w swoje przeznaczenie od razu przyszła mi na myśl scena z premiery 4 sezonu, w której Tom powiedział: „Jestem Kal-El z Kryptonu. Czas wypełnić moje przeznaczenie” (ang. "I am Kal-El of Krypton. It is time to fulfill my destiny."). Pięć lat czekania, lecz było warto. Od razu stwierdziłem, że serial oficjalnie wkracza na właściwe dla niego tory i mimo, iż bardzo podobała mi się kreacja Smugi, wiedziałem, że przyjdzie moment kiedy Welling będzie musiał założyć właściwy strój i stać się (jak sam określił) symbolem nadziei.

Lois, Smuga i efektywna mieszanka uczuć

Kolejnym elementem, który mi się spodobał była Lois. Już od pierwszych scen z jej udziałem wiedziałem, iż wróciła stara, dobra i wygadana panna Lane z poprzednich sezonów. Kilka tygodni wcześniej w rozmowie z Kubanino zastanawiałem się, czy ujrzymy jeszcze tak naturalne, ciekawe i jednocześnie przejmujące wylewy uczuć, jak te z sezonów 1-4. Nasz Szef stwierdził, że na pewno tak i mogę być o to spokojny, lecz ja wciąż wątpiłem po tym co ujrzałem w sezonie 9. Na szczęście wszelkie moje zastrzeżenia ulotniły się wraz z  momentem, w którym córka Generała Lane ratuje Clarka i z ukrycia pokazuje widzowi jak bardzo jest z niego dumna (szczerze, bez żadnej już sztuczności). Smaczkiem epizodu była rozmowa Lois z Smallville (przypominam tylko, że Lois tak również nazywa C.K.). Po prostu stare, dobre i wzruszające Smallville. Również pomimo tego, że jestem fanem Lany to w tej chwili nie mam żadnych wątpliwości kto zagości już na stałe w sercu Supermana (i być może w sercach wszystkich widzów). Clark świetnie pokazał to, gdy dowiedział się co Lex zgotował jego ukochanej. Bezcenne.

Powrót Lexa Luthora i Jonathana Kenta

Wreszcie motyw Lexa i Jor-Ela. Co się z tym również wiąże, ostateczna decyzja o swojej przyszłości i przeznaczeniu Clarka. Podobała mi się forma przekazu rozdarcia wewnętrznego Clarka, pomiędzy dawnym przyjacielem i złem, które jest mu w stanie teraz wyrządzić, a także ojcem, który od zawsze bawił się w Boga, lecz dbał o swojego syna. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze powrót Jonathana Kenta. Kolejne trudności, walka ze samym sobą i ostry ton Jor-Ela - tego się na pewno nie spodziewałem. Myślałem, że droga do zostania bohaterem po 9 sezonie będzie raczej prosta, wręcz banalna. Majstersztykiem był Clark, który tak pewnie i swobodnie powiedział, iż uratował wszystkich, z dumą dodając, że jest gotów być największym herosem Ziemi. Co ciekawe, Clark po raz pierwszy przyznał, że poczuł się jakby latał. Na to czekaliśmy latami.  Powrót Lexa prawie mnie zadowolił, chociaż motyw z Cadmus Labs bardzo mi się spodobał, a klon, który stwierdził: „Lex może być tylko jeden” dał nam ogromną nadzieję na ujrzenie tego autentycznego Luthora – Michaela Rosenbauma. I tu pozwolę sobie na małą, mam nadzieję nieocenzurowaną w przyszłości dygresję: „Michael wracaj, zgól łeb na łyso i zawitaj na plan”! Ciekawe było to, że twórcy rozgrzebali, ale jednocześnie nie pogrzebali wątku Lexa.

Końcowe refleksje
Dochodząc do ostatnich scen premiery przeszedł mnie już ostatni dreszcz emocji. Darkseid, o którym wspominałem, świetna muzyka, ale przede wszystkim strój Supermana, który pokazany został w bezliku kryształów, poniekąd tylko czekając na założenie. Bardzo ważny dla każdego fana moment.

Premiera się skończyła, ale jak stwierdziłem nie do końca mnie zadowoliła. Dlaczego? Nie doczekaliśmy wyjaśnienia co się stało z księgą RAO (mimo, iż Clark nie odleciał, tak nie wiem, czy biblia przeniosła się do innego wymiaru, czy została zniszczona, wyjęta…), brak zapowiadanego skeleton key (chyba, że był nim użyty przez Chloe klucz do szafki JSA), bardzo fajne, ale niestety kompletnie niejasne pojawienie się Jonathana (duch na pewno to nie był, a żywy człowiek również, tak więc życzyłbym więcej zdecydowania twórcom) i na koniec bardzo niejasny wątek Jor-Ela i Jor-Ela 2 jeśli tak mogę to sformułować, ponieważ z rozmowy Kal-Ela w Fortecy, a wcześniej w wymiarze pół-śmierci wynika, iż mogły to być zupełnie różne postacie – ze względu na wskrzeszenie Kenta. Poza tym czuje niedosyt z braku większej ilości efektów specjalnych (chyba liczyłem na naprawdę bajerancki epizod) i małej ilości zaskoczeń (jednak to mogło być spowodowane dużą ilością spoilerów).Nie wspomniałem również jak odebrałem występ Chloe, Oliie’go i Tess, ale na to przyjdzie jeszcze czas, gdyż wyrobionego zdania na chwilę obecną nie mam, a nie chcę skreślać przedwcześnie niektórych postaci ( w domyśle Tess).

Podsumowując – premiera bardzo dobra, daje ogromne nadzieje na sezon 10.

Autor: Zod ( z niewielką pomocą Bartosha i Kubanino)
 

spiderman
koniec środka